pusto mi
Już wiem, dlaczego Kroniki naciskały żebym napisała poprzedni wpis o tym, co czuję. Tzn. może nie wiem, ale myślę, że do czegoś im to było potrzebne, dla mnie również.
Gdy skończyłam to pisać zaczęły przychodzić dziwne myśli, ale takie naprawdę dziwne… a to znak że coś będzie się działo...Zaczęłam czuć do niego złość… Zaczęło się od tego, że jakby się odezwał to znów zapytałby się o trójkącik. Ale mnie to uruchomiło – na pewno mam to nie przerobione albo się pod tym kryje coś głębszego. Zaczęłam go za to nienawidzić, jakby zebrał całą złość jaką mam do mężczyzn. Potok moich myśli był okropny… Myślałam o tym, co mówili o strzelcu – że jeśli miałeś najlepszy seks w życiu, wręcz duchowe przeżycie, to na pewno kochałeś się ze strzelcem. I pomyślałam jak kiepska musiałam być, że chciał mnie mieć z inną… Że nie było mu dobrze… I, że go nawet nie ruszyłam… pewnie byłam przeciętna. W moim przekonaniu seks z odpowiednią osobą nie potrzebuje dodatkowej oprawy. Chyba ja jestem popierdolona, bo dla mnie seks to magia, to połączenie, to nie mechaniczny akt. I ok, fajnie jest urozmaicać i dodawać pikanterii, ale… dobra nie kończę tego wątku, to tylko moje zdanie, a zaraz pojadę za ostro. Na temat Orso poczułam się okropnie. Poczułam się jak zwykła kurwa. Byłabym dla niego atrakcyjna, gdybym przyprowadziła koleżankę… Myślałam tylko o tym, a moja wyobraźnia nie miała hamulców. Tutaj też zamilknę… albo nie! Kurwa nienawidzę facetów, którzy uważają się za tych co wiedzą, co robić z kobietami. Tak szczerze to był jeden, który wiedział co robi, bo jego przyjaciółka powiedziała mu wszystko co i jak (ale dla mnie był kompletnie aseksualny). I tu szacunek, że pytał, chciał wiedzieć i się nauczył, jak zrobić kobiecie dobrze. Drugi to mąż, który poświęcił lata, żeby mnie poznać i wiedzieć co i jak lubię. I to jest logiczne. I nie wiem, dlaczego mnie to dziwi… przecież faceci robią to dla sportu, albo naoglądają się pornoli i myślą, że tak wygląda seks… dobra! Zamykam buzię, bo nadal mnie to wkurza. Nadal czuje się winna. I w tym wczorajszym potoku myśli, w tej złości i nienawiści do wszystkich facetów, którzy mnie skrzywdzili, pomyślałam, że skoro nie byłam dla niego dość dobra, to Orso nie zasługuje na to, żeby mnie mieć, niech szuka fajniejszych, bardziej rozwiązłych, cycatych, wyuzdanych… chuj wie jakich!!!! Na pewno znajdzie lepszą. Nie jestem wyjątkowa i nie potrzebuję atencji innych osób. W końcu zrozumiałam, że Strzelce nie potrzebują drugiej osoby do szczęścia, jeśli nie idzie z nimi w parze. A myślałam, że jestem dziwna, że to ze mną jest coś nie tak, że musze się dostosować, żeby być lubiana i kochana – dziś zmieniło się tak dużo. I w woli wyjaśnienia - Orso mnie nie skrzywdził, on mnie tylko wkuwił trójkątem – dobra niech ma swoje fantazje marzenia itd. w końcu ma całe życie na spełnianie ich, bo mnie w nich nie będzie. Wolę być sama niż być z kimś i się zastanawiać, czy jestem dość dobra, żeby nie poszedł szukać adrenaliny gdzieś indziej – teraz nie o nim, tylko ogólnie. Ok, i przypomniał mi ten cholerny trójkąt… gdzie dwóch facetów nie potrafiło zrobić dobrze dziewczynie, ale byli dumni z siebie jak pawie, że im tak dobrze poszło- kurwa jebane skurwysyny! I jeszcze tak łatwo napełnić po brzegi ich ego. Każdego faceta. Z Orso też to zrobiłam, też mówiłam i robiłam to czego oczekiwał, żeby podniósł swoja wartość (ja na prawdę widzę w nim więcej niż inne, ale zawsze to jest źle odbierane), żeby nakarmić jego ego. I doskonale wiedziałam, że robię źle, bo będzie myślał o mnie, że jestem na niego napalona, że zrobię dla niego wszystko. Wiedziałam, że nie będzie mnie traktował poważnie i z szacunkiem, ale… On nie wiedział, że nie robiłam tego z wyrafinowania, tylko, że naprawdę go kocham.
Nawet nie umiem powiedzieć, że się zakochałam. Jak go zobaczyłam, wiedziałam po prostu, że to miłość! Pierwszy raz zrozumiałam to… i nie na zasadzie miłości od pierwszego wejrzenia, tylko wiedzy. Widzisz go i po prostu wiesz, że to ktoś kogo kochasz od zawsze, tylko na chwilę gdzieś zniknął, ale już jest...
I co? I pewnie po to miałam zapisać ten list… żebym jednak pamiętała, co czuję i wcale nie myślę o nim tak jak napisałam powyżej. Oczywiście, że tak nie myślę. Jest wspaniały. On tylko pokazuje jakiego bólu w sobie jeszcze nie zaakceptowałam, nie uwolniłam, nie pokochałam.
Co do wczoraj. Położyłam się spać z mężem… Poprosił żebym weszła mu w kroniki. Weszłam. Znów był jakiś potworek, który na mnie syczał, a jego „mistrz” siedział przy mężu i odpowiadał bardzo zdawkowo, tak żebym za dużo nie wiedziała. Mąż miał słaby wieczór. Mówił znów dużo, ale ja nie wchodzę w rozmowę. Nic nie czuję. Mąż mówił, że chciałby być dla mnie tym kim jest Orso. Mówił coś o chorobie (może za jakiś czas będzie śmiertelnie chory kto wie), mówił o synku, popłakał się. Mówił też, że ktoś ciągle jest koło niego, jakiś facet nie daje mu spokoju. Pytał w Kronikach kto to – powiedzieli, że to Orso, ale ja nie powiedziałam mu. Ja już chcę spokój.
Ogólnie dzisiejszy wpis nie jest pozytywny. Nie wiem co się dzieje, a czuję jakby coś się zbliżało. Nie cieszy mnie mój wyjazd, może jak będzie bliżej, albo jak już będę w samolocie, to cokolwiek poczuję. Dziś nie czuje nic. Wygląda to tak, jakbym resztkami sił i pod presją Kronik napisała, co czuje do Orso, żeby pamiętać, co mam w sercu, bo zaraz po tym dostałam falę złości i nienawiści, która zmieniła się w obojętność. Czy na prawdę to się już stało? Nie czuję, że tęsknie lub kocham Orso, zrobił się mglistym wspomnieniem. Mąż – nie wzruszyło mnie żadne jego słowo – to, że kocha, że mu zależy, że chce walczyć, że syn, choroba, plany… płacz, przytulanie… leżałam przy nim, ale nic nie czułam. To bardzo złe uczucie, miałam tak po Orso, w pewnym momencie. Byłam jak zoombie. Chodziłam i funkcjonowała, ale mnie nie było na tym świecie. Dziś jadąc do pracy włączyłam „sia unstoppable”. Słuchałam jej codziennie i dawała mi kopa, nawet w najgorszej sytuacji – dziś doprowadzała mnie do rozpadu, pod koniec myślałam, że się rozpłaczę. A teraz siedzę i nie czuje nic.
Mam tylko nadzieję, że ten stan prowadzi do mojej śmierci. Że coś, co było złe we mnie po prostu umiera, że za jakiś czas wstanę znów silniejsza. Tragicznie jest czuć to wszystko i być z tym całkiem sama. Ach! Przypomniało mi się. Mąż sprawdzał siebie ze mną i mnie z Orso… powiedział, że On urodził się w sierpniu, że jest lwem… i tu pojawiła się myśl… Czy on ma złe dane czy Orso mnie okłamał. Ja już nie chce być okłamywana. Tak, przyznaje ja go też raz okłamałam, kiedy spytał czy nie przeszkadza mu, że pali- przeszkadzało, ale nie chciałam, żeby wychodził… chciałam, żeby był. Jestem głupia, że ufam ludziom… ciągle dostaje po dupie. A jeszcze głupsza jestem, bo wierzę w miłość- powinnam już z tego wyrosnąć. A może właśnie to się teraz dzieje… może ta pustka w końcu pozwoli mi nic nie czuć i już nie będę nikogo kochała. To byłoby coś pięknego…
• Do książki:
„ - Umiesz sobie to wyobrazić? Nie kochać! Nie czuć motyli w brzuchu na jego widok. Nie wzdrygać się, kiedy czujesz znany oddech na karku. Nie czuć gęsiej skórki na szept jego głosu…? Czyż to nie wspaniałe uczucie? Permanentny spokój. Nie szukasz już go wzrokiem pośród tłumu obcych ludzi. Nie zerkasz co chwila na telefon, z nadzieją w sercu, że dźwięk, który wbija się w uszy, jest jego wyznaniem miłości. Kto choć raz prawdziwie kochał i cierpiał, wie, że spokój jest wart dużo więcej niż miłość.
- To prawda. Spokój sprawia, że czujesz błogość w każdym swoim oddechu. Dostrzegasz piękno w trzepocie skrzydeł motyla i umiesz marzysz na poziomie duchowym. Jednak to miłość daje ci odwagę, jakiej nigdy byś w sobie nie znalazła. To ona jest statkiem, żeglarzem i okrętem twojej duszy.
- Jest tylu ludzi, którzy nie kierują się miłością… Można przecież tak żyć. O ile łatwiej byłoby nie zakochiwać się. Nie robić tych wszystkich głupich rzeczy i nie rozpaczać z bólu, jaki po sobie zostawia. – wymyślała kolejne argumenty, by choć trochę uwierzyć w to co mówi.
- Mało wiesz o miłości. Ona ma moc, jakiej nie ma nic innego na świecie. Pamięta. Transformuje. Spaja. Budzi. Nic we wszechświecie nie ma siły mocniejszej niż miłość.
- Miłość jest siłą? Nic dziwnego, że przez nią stałam się bezbronna i leczyłam rany, jakie mi zadała.
- Cierpiałaś??? A może właśnie budziłaś się? Kiedy kochamy prawdziwie, nasze ego się rozpuszcza. Nie liczą się role, maski czy ambicje. Stajesz się całkiem naga i czysta i tak właśnie widzisz drugiego człowieka. Patrzysz poza ciało i czas, jakbyś dotykała czegoś pomiędzy. Dlatego jest ona tak trudna i święta jednocześnie. Miłość to nie wygoda pod ciepłym kocem i herbata w ręku – to ogień. Energia, która wypala wszystko co fałszywe.
- To boli…
- Nie boli cię miłość, ale to co zabiera złego ze sobą, żeby dać ci w końcu swoją najczystsza postać.
To tak, jak mama, która chce wyciągnąć twoje drzazgi. Ona nie chce cię ranić. Chce dać ci ukojenie, zabrać twój ból i choć robi to najdelikatniej jak umie, to zawsze będzie bolało – nie przez nią, ale przez to co siedzi w tobie. Tak samo miłość wyciąga z ciebie to wszystko, co jest nie jest już prawdą: strach, kontrola, przywiązanie, rany, których nigdy nie dałaś rady uleczyć.
- Ale on… - starała się powstrzymywać łzy.
- Czasem osoba, którą kochamy pobudza w nas rzeczy, które wymagają uzdrowienia. Nie dlatego, że cię nie kocha… może właśnie dlatego, że kocha cię tak bardzo. Bo tylko ktoś, kto kocha prawdziwie, zgadza się wykonać najtrudniejszą pracę, abyś mogła wzrosnąć i być w końcu sobą.
Siedziała długo w ciszy, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa. Każda myśl odbijała się bez echa. Argumenty? Jakie argumenty! Chciała dyskutować z miłością... Że nie jest ważna. Że jest niepotrzebna. Wiedziała doskonale, że to kłamstwo. Czuła bardzo wyraźnie, że zna go od zawsze. Jeśli czuje się miłość do kogoś, kogo jeszcze dobrze nie poznało… dla wielu osób, to dowód, że miłość jest pamięcią duszy. Dla niej z każda kolejna chwilą, stawało się to coraz bardziej oczywiste".
Pisanie to świetna terapia - lepiej mi.
edycja 16:13
marze o tym żeby umrzeć
byłoby to najlpesze rozwiązanie dla wszystkich
mąż zadzwonił spytać czy może wrócić do domu... płakał... powiedziałam że to jego dom i zawsze może przyjechać... powiedział że nie chce do domu tylko do nas...
wyłam całą drogę, darłam się i krzyczałam, jak długo można przeżywać ten sam ból
nie mam siły, chce umrzeć !!! Chcę rozbić się na miliard kawałków i rozsypać się po wszystkich wszechświatach tak aby nikt mnie już nigdy nie złożył w całość... zresztą ja już jestem rozsypana i nie wiem czy...
ile razy można tracić miłość? Ile razy można o nią walczyć? Ile razy mam się poddać i wstać? Ile litrów łez mam wypłakać? Ile nocy nie przespać? Ile razy mam patrzeć na zdjęcie i udawać że nic nie czuję? Ile razy mam tłumić ból? Jak długo mam czekać na poprawę? Ile mam spędzić dni w samotności żeby poczuć ulgę? Ile razy mam zrobić sztuczny uśmiech żeby uwierzyć że jest lepiej? Nie wiem co się szykuje, ale to mnie niszczy. Jestem sama... czuję tylko ból. Czuję jak umieram, tylko nikt nie pozwala mi umrzeć.
-nie umrzesz piękna
-znów wy??? Idźcie sobie !!!
-nie. Dziś nie.
-za niedługo przyjedzie... wiecie jaka to będzie rozmowa??? Ja już mam dość. Jakiś cholerny dzień świstaka. Zostawcie mnie proszę. Nie dacie mi żadnej odpowiedzi.
-wytrzymasz to.. to już prawie koniec
-obym umarla
- nie... to nie jest w planie
- innego planu nie mam. Mogę oddać swoje życie za kogoś innego? Będzie bardziej wartościowsze. Nie umiem już żyć. Zrobiłam to co zrobiłam, zjebalam życie innym, czas się stad zawijać!
- miłość piękna jest choć zadaje ból... róża piękna jest choć ma kolce...
- co do czego? To zbędna gadka. Myślicie że mąż dojedzie zanim... wiecie... nie, nic sobie nie zrobię, ale nie czuję się za dobrze... tak jakby odplywam
-zostajesz... połóż się i zaśnij
-mam pranie i malowanie... muszę... zabierzcie mnie gdzies
-gdzie. Chcesz?
-chce ostatni raz zobaczyć go...
- jesteś pewna?
- tak chce chwilę popatrzeć, pewnie radzi sobie llepiej niż ja.
-radzi sobie dobrze, jak na niego, choć wydaje mu się że wszytko idzie nie tak jak powinno
- bo przecież nic nie idzie tak jak powinno...
- to co chcesz go zobaczyc ?
- tak
- ok, zamknij oczy ...
....
- i dupa, nic...
-byłaś tam
- nawet nie wiem czy to on, może jestem zmęczona, może to moje wyobrażenie, nic mi nie wychodzi. Nie ważne. To koniec. Zaraz się wszytko rozwiąże i wrócę do jakiegoś życia. Nie wiem jakiego.... może zostanę znów żoną idealną, tylko taką bez uczuć, bo już nie umiem kochać... to co miałam zabrał Orso, mąż zniszczył, a ta odrobina co została będzie dla synka. Boże dziękuję ci za niego z całego serca. Przecież dzięki niemu ja jeszcze żyję. Dlatego miłość bezwarunkowa jest cudem. Kochasz zawsze i mimo wszystko, nawet jeśli ktoś cię rani, to wiesz że zaraz przyjdzie z takimi pokładami miłości, że ta rana którą zrobił zagoi się w jednej sekundzie. Nie ma niczego na świecie czego mama nie wybaczy dziecku (albo przynajmniej ja)... z partnerem jest prawie tak samo tylko jednak gdzieś daleko jest granica. A ja jestem cierpliwa, kocham i dużo wybaczam... za dużo, ale jak już przejdziesz granicę, zapomnij że żyje. Czuję się pogrzebana żywcem. Mąż teraz będzie płakał i błagał, a ja będę siedzieć i patrzeć na niego jak zimna suka... bo po prostu zniszczył całą miłość jaką miałam do niego, więcej nie nazbieram. I mogę z nim żyć nadal, ale będziemy współlokatorami. Nie umiem kochać... nie wiem czy dam radę jeszcze kogoś pokochać. Kraina lodu i bólu... i wieczna zmarzlina. Tylko dlaczego znów to przechodzę...?
Edycja 18:47
Kuuuuuuuuuurwaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
KUUUUUUUURRRRRRRWWWWWWAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Nie mam jak pisać, więc krótko... powiedziałam mężowi o telefonie wyparł sie wszytkiego. Powiedziałam że mu nie ufam i nie zaufam i że to koniec. Nie pozwolił mi odejść, on będzie walczył o nas... i nic go nie obchodziło jak mu powiedziałam, że nie liczy się nic co ja chcę, bo każdy decyduje za mnie... że nie jestem szczęśliwa, że nic się nie układa i nie będzie. Nie pozwolił odejść! Będzie walczył i zrobi wszystko żeby odbudować zaufanie. Mówię że się nie da że to trwało tyle lat że się boję i nie zaufam mu. On i tak swoje 😭😭😭😭😭😭😭😭
nie słuchał tego co mówię
nie dam rady opisać całej rozmowy
właśnie umarłam.
Teraz wiem po co ten list... bo to ostatni list do Orso... przynajmniej wiem że kochałam prawdziwie, przez chwile...
Przepraszam Cię Orso 😭 starałam się, ale nie ma już siły i nic już nie jestem w stanie zrobić... i nie chciałam skończyć tego małżeństwa dla Ciebie, czy przez Ciebie... chciałam to zrobić dla siebi, żeby poczuć się szczęśliwa... i pamiętam jak byłeś dumny ze mnie gdy udało mi się zarezerwować pokój kupić bilety i przylecieć do ciebie... wierzyłeś we mnie... teraz już nikt nie wierzy.
Przepraszam... zawiodłam siebie.
Może tak ma być... przestał mi się wyświetlać, wszytko jakby się wycisza
to koniec
jest mi tak cholernie przykro
Uda się w kolejny życiu... na pewno.
nie ma sensu więcej pisać... zajmę się w końcu książką... i nie wiem czym... udawaniem że jest dobrze- to mi tak świetnie wychodzi, a bez serca będzie dużo łatwiej.
🩵🩵🩵🩵🩵
rano 5:00
wracam na chwilę... jeśli to ma być ostatnie zdanie to niech będzie dobre - kocham cię Orso ... kochałam Cię od zawsze i kochać będę wiecznie. Nie wiem jaką część mojej duszy masz, że jest to dla mnie tak silne połączenie, ale proszę schowaj ją dobrze, aby nikt inny już jej nie znalazł. Będziesz ze mną już zawsze... w każdej napotkanej osobie, w samolocie na niebie, w ptaku, który zatrzyma się na chwilę żeby na mnie spojrzeć. Nie martw się... już nigdy Cię nie zapomnę. Jesteś moim oddechem i każdą łzą szczęścia. Jesteś każdym nowym miejscem i szumem drzew. Pojawiłeś się kiedy tego nie planowałam, ale potrzebowałam najbardziej, a ludzie którzy są na prawdę ważni nie przychodzą przypadkiem. Dziękuję Ci za każde spojrzenie i uśmiech... za czas, który zburzył całą moją iluzję życia. Za to że się nie poddałeś, że walczyłeś. Za to, że mimo wielu ran jakie niosłeś znalazłeś dla mnie tę odrobinę miłości, która obudziła wszystko. Nie mogę być dla ciebie obojętna... wiem... bo nie byłabym w stanie czuć czegoś tak silnego do osoby, która nic nie czuje do mnie. To połączenie wychodzi poza ludzkie schematy, jest inne, jest piękne i zawsze będzie nasze. Umysł zawsze starał się to racjonalizować, ale nawet nie wiesz ile razy moja dusza wyrywała się do Ciebie, jakby szukała całości, spełnienia i ciszy spokoju.
Przepraszam, za wszystkie kłopoty, jakie miałeś przeze mnie i dziękuję, że byłeś.
Kocham Cię... Kocham Cię tak jak się kocha... nie wiem... nigdy tak nie kochałam...
Na zawsze Twoja.
edycja 6:00
Ps. Znów wstałam naładowana jak królik Duracell. To jeszcze nie koniec 😏
Góra, rób co macie w planie! Zresetowalam wszystkie hasła. Witaj piękny dniu :)
Dodaj komentarz