Pierwszy dzień
Miałam chore sny... jakiś bezdomny, którymi się zajmowałam... nic co mogłabym zrozumieć... zakupy w jakimś antykwariacie, chciałam kupić niebieską cukiernice ale była dziwna bo cukru tam wchodziło może na łyżeczkę , potem że to może patera... podobała mi się więc starszy brat mi ją wziął... oglądałam jakąś biżuterię która robiła koleżanka... i jakieś budynki stare a tam chyba krowa leżała - no cuda na kiju mi się śniły. Był też jakiś sen chyba ładny ale jak się przebudziłam nie dałam rady sobie przypomnieć pamiętam tylko zielony brokat taki duży nie pył... ale... co było jak się obudziłam. Sen mi odszedł, a przy łóżku słyszę skrzypienie podłogi. Jezus Maria ale się wystraszyłam. Przykryłam się bardziej kołdrą, żeby nie słyszeć i nie widzieć, ogólnie bałam się zobaczyć to, ale nie bałam się tego czegoś... czułam jakby to coś chciało mnie polnowac, zobaczyć czy wszytko dobrze, serce waliło jak durne, a ja znów słyszę jak podłoga skrzypi pod krokami i to nie w jednym miejscu tylko tak jakby ktoś szedł. W jakiś 3-4 miejscach, gdzie nawet jak ja chodzę to tego nie ma. Nie wiem co to było. Leżę już prawie godzinę i ani jednego odgłosu nie ma.
A może to kosmici byli zabrali mnie gdzieś ja nie pamiętam i odstawili 😅 a ja się przebudziłam. Albo dziadkowie chodzili przy wigili odwiedzać rodzinę... w sumie mogę sprawdzić mam wahadełko...
.... i sprawdziłam, kilka razy na kilka sposobów... wychodzi że był Orso żeby sprawdzić czy u mnie ok... ale to tylko wahadełko, zawsze może się mylić, bardziej liczyłam że mąż mnie pilnuje, ale może dlatego był Orso bo nie było męża... i gdy pomyślałam, o tym, że był On stuknęły o siebie kubki aż się wystraszyłam, dziwne bo niemożliwe, więc może to był on...
On czy nie on to nie ma znaczenia. Oddałam to wszytko górze... tego nie ma. Jest lustrem, powinnam odpowiedzieć sobie na pytanie
- dlaczego nie słucham siebie
- dlaczego o siebie nie walczę
dlaczego nie troszczę się o siebie i nie okazuje sobie miłości na jaką zasługuje
Praca na dziś.
edycja 12:30
https://youtu.be/U-PXEe-qeK4?si=Xfimm01XCe4leNa5
Zara Larsson - uncover
pierwszy raz ją słyszę
myłam okna, gdy zaczęła śpiewać (włączyłam coś na yt i sprzątałam, w końcu Jezusek do mnie nie przyszedł bo nie umyłam okien, więc nadrabiam).
Wiem, że mój mąż to czyta. Mogłabym założyć coś nowego, ale po co mam mieć tajemnice... znów wyjdzie na jaw... a poza tym tak bardzo chciał abym była szczera, a ja muszę pisać, bo nie wiem już jak uwalniać to co siedzi we mnie- oddycham, płaczę, robię oczyszczające kąpiele i prysznice z intencją zmycia tego bólu, szukam swoich ran z dzieciństwa i próbuje je akceptować i przyjmować i nie wiem ile tego jeszcze mam. Więc jak mąż chcę się dobijać bo czyta i rozumie po swojemu, a nie czuję mojego bólu to trudno, niech czyta.
Wróćmy do historii z dziś (piszę wszytko bo wiem że książkę napisze a te krótkie wstawki pomogą mi zebrać to w całość)
Myłam okna gdy zaczęła lecieć ta piosenka, nie słuchałam jej jakoś szczególnie, była któraś z kolei bardziej skupiłam się na tym że szyby są nadal brudne i niczym nie mogę ich umyć... W pewnej chwili pomyślałam że wieczorem odbieram chłopaków, wyobraziłam sobie że przytulę męża i mocno uściskam i wycałuję synka... myślałam, że będę lepszą żoną, że w końcu zamknę temat z Orso, bo nawet nie wiem na co czekam... czego właściwie oczekuje od tej znajomości... i w jednej chwili mnie złamało, zaczęłam płakać i czuć ból jakbym znów robiła coś wbrew sobie... jakbym traciła siebie... czułam tą dziwną tęsknotę za nim, ale to też nie mogę nazwać tęsknotą- nie wiem co to za uczucie, nigdy takich nie miałam (nawet pisząc to nie dam rady być spokojna, teraz leci someone like you Levisa.)
Usłyszałam: "to ta piosenka" (tej Zary) i miałam to zapisać tu... sprawdziłam tekst piosenki... Jeśli piosenki do mnie nie mówią, to jednak zwariowałam... czytałam to i ryczałam jak głupia, co się k**** dzieje ? Co jest ze mną nie tak. Na siłę próbuje wprawiać się w dobry nastrój a to nie idzie.
Zaczynając sprzątać włączyłam takie energetyczne utwory żeby mieć dobry humor, a teraz jakieś melancholijne wchodzą... ja już nie chce o nim pamiętać... teraz leci (hold on - Steve and Diana - może obejrzę Wonderwoman, albo Holliday, chyba mam ochotę popłakać) jeszcze malować i pracę wzięłam do domu, będę uzupełniała rejestr. Pranie kolejne się robi, chciałam jeszcze pokój syna zrobić na cudo, ale... A co gorsze mąż myśli że ja do Orso chce bo to miłość, albo że jest przystojniejszy, albo dał mi coś czego mąż nie dał, że będę szczęśliwsza z nim, a ja nie wiem o co chodzi... nie myślę o tym jak o miłości, domu z ogrodem i kawą na tarasie... po prostu czuję brak, ale dziwny nie umiem tego nazwać, a bycie z nim nie jest dla mnie gwarancją szczęścia. Chciałabym wrócić do siebie, czuć się całością i nie potrzebować tego poczucia, że On gdzieś tu jest... że myśli, czuję, czeka... albo robi to co ja i na siłę próbuje iść dalej, a to wychodzi po prostu kiepsko, bo ciągle coś się pierdoli żeby pokazać że to nie ta droga.